„Nic nie zastąpi książki…” – prudnicka ofensywa już w czwartek

W najbliższy czwartek w Filii nr 5 będziemy mieli okazję spotkać się z Maciejem Dobrzańskim, dziennikarzem, poetą z Prudnika, autorem tomiku”Wizja lokalna”. Moderatorem spotkania będzie Bartosz Sadliński, wydawca książki, ale też dziennikarz i poeta. Przeczytajcie, co o sobie i o swojej pracy mówią obaj autorzy.

DobrzańskiMACIEJ DOBRZAŃSKI :

Redaktor naczelny lokalnej gazety, animator kultury, poeta. Dziennikarstwo i poezja to jednak trochę odmienne stany skupienia. Udaje się Panu je godzić bez uszczerbku dla obu dziedzin ?

 Poezja ponosi odrobinę uszczerbku, bo czasami nie mam na nią czasu 😉 Poza ty nie mam żadnych problemów z tym, żeby raz pisać teksty publicystyczne, a potem poezję. Ważne, że mogę pisać, bo bez tego nie wyobrażam sobie życia. Niemniej długimi okresami w ogóle poezji nie pisze, jako twórca nie jestem szczególnie płodny, w ciągu 8 lat napisałem tylko około 150 wierszy, które znalazły się w moich dotychczasowych trzech tomikach. Nie mam w zanadrzu żadnych innych pochowanych po szufladach, a nowych, niepublikowanych dotąd utworów jest może 7-8. Te momenty, gdy pojawia się potrzeba napisania wiersza są więc rzadkie i chadzają jak kot – własnymi ścieżkami.

Jak skomentowałby Pan następujący cytat : „Miejsce na optymizm jest w sądach, szpitalach i w biurach, a nie w poezji”  ?

Powiedziałbym, że Roman Honet ma absolutną rację 🙂 Z drugiej znowu strony żaden twórca nie może dyktować drugiemu co i jak ma pisać, jakie klimaty wybierać. Jedynym czego należy wymagać, to aby wiersze były po prostu dobre (mam tu na myśli pewne wyznaczniki dobrej poezji, warsztatowe, co do których nikt się nie spiera i które powszechnie są uznawane). Ja oczywiście w swoich lekturach wybieram raczej takich autorów i taką poezję, która kieruje się zasadą przytoczoną przez Honeta. Dlaczego? Po prostu taką lubię, taka mnie – mówiąc kolokwialnie – kręci. I choć na co dzień jestem chyba raczej uśmiechniętym facetem, to akurat w mojej poezji wiele światła (nie wiem, czy to dobre określenie) nie ma. Często ludzie zadają mi pytanie, skąd tyle tej śmierci, brudu. Chyba dlatego, że poezję traktuję terapeutycznie, do tego kiedy mam potrzebę napisania wiersza to wynika ona najczęściej z jakiejś nieokreślonej metafizyki, którą wówczas odczuwam. W ogóle ciężko o tym mówić, żeby nie popaść w jakiś niepotrzebny patetyzm albo nie wyjść na świra.

Jak Pan odbiera komplement innego, uznanego  poety, który nazwał Pana „lekarzem słów”?

Mówiąc z lekkim uśmiechem powiem, że na pewno jestem lekarzem dla samego siebie, co wynika z mojej powyższej wypowiedzi. A co do słów Pana Srokowskiego, to oczywiście miło mi, że tak odbiera moje pisanie, choć oczywiście nie zakładałem sobie, że moim zadaniem będzie leczyć język, ani w ogóle naprawiać świat. Żeby coś było dobre lepiej nie robić wielkich zamierzeń, a po prostu starać się „oddawać dwa dobre skoki”.

Jak ważne dla Pana jako poety  jest osadzenie w lokalnej historii, kulturze, konkretnej przestrzeni miejskiej ?

Piszę o tym, co znam, co jest moim udziałem, staram się też rozliczyć z pewnymi sprawami. Jestem silnie związany z Ziemią Prudnicką emocjonalnie, do tego stopnia, ze nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Niektóre miejsca ważne dla mnie, czy też ważne z punktu widzenia fascynującej historii lokalnej przesączone są taką dawką metafizyki, o której mówiłem wcześniej, że działają jak magnes dla mojej wyobraźni poetyckiej.

Trzy tomiki poetyckie wydane przed trzydziestką to sukces ? Czy w dzisiejszych czasach, kiedy w sieci można zamieścić swój wiersz z dnia na dzień, macie własne blogi, publikujecie na portalach literackich  własny tomik ma ciągle jeszcze tak dużą wartość ?

Nic nie zastąpi książki. Książki, którą można wziąć ze sobą do wanny, do plecaka, którą można niechcący potłuścić przy jedzeniu, którą można powąchać, dotknąć, która ma taką, a nie inną czcionkę, format, kolor kartek. Książką to swego rodzaju świętość, dlatego być może nieco przesadzając, powiem, że gardzę blogami 😉 Mówiąc poważniej – dobrze, że jest internet, im więcej możliwości do działania, tym lepiej. Książki nic jednak nie zastąpi. Bez książek chyba bym zwariował!

Co do mojego wieku – chciałem wydać trzy książki do trzydziestki, nawet miałem takie założenie. Sądziłem, że to będzie dobre „ogarnięcie” tego pierwszego okresu młodości, pewnych tematów. Nie musiałem się też spinać, żeby z tym zdążyć, bo akurat naturalnie tak wyszło, że mniej więcej co dwa lata było paliwo do pisania i do wydawania. No i nie chciałem zwlekać z tą sprawa, bo te trzy tomiki są pewną całością, jedną opowieścią. Jest to więc sukces w tym znaczeniu, że udało się zrealizować pewne założenie artystyczne (to stwierdzenie bez cienia patetyzmu, czy samochwalstwa, po prostu miło, że udało się to zrobić). Samo wydawanie książki nie jest dziś trudną  rzeczą w sensie technicznym, więc tu nie mówiłbym o wielkim osiągnięciu. Dobrze, że znajdują się chętni do wsparcia sponsorzy. To, że udało się ich pozyskać to taki sukcesik, też bardzo, bardzo miły.

 

 

pobraneBARTOSZ  SADLIŃSKI :

Czuje się Pan bardziej dziennikarzem, wydawcą czy poetą?

To się zmienia w zależności od czasu, w którym się znajduję. W różnych okresach różnie bym na to pytanie odpowiedział. Myślę, że w tej chwili najbliżej mi do szeroko pojętego dziennikarstwa, a więc opisywania rzeczywistości, sięgania po tematy, po które wcześniej nie sięgano lub sięgano sporadycznie, „oprowadzania ludzi po cudzych włościach”. Poetą bywam – od jakiegoś czasu piszę sporadycznie, ale nie planuję rezygnować, to część mnie i chyba zawsze tak będzie. A wydawnictwo jest w ogóle dodatkiem do całości, od którego zresztą planuję teraz zrobić sobie przerwę.

Proszę opowiedzieć, co leżało u źródeł pomysłu na założenie własnej oficyny wydawniczej?

Decyzja o założeniu działalności zapadła przeszło dwa lata temu. Zakończyłem wtedy pracę na etacie dziennikarza, a jednocześnie chciałem pozostać w tym zawodzie. Sposobem, by samemu się ubezpieczać i pisać na zasadzie świadczenia usług, było otworzenie firmy. W ten sposób pisałem jako wolny strzelec do kilku lokalnych gazet, miałem nawet epizod z byciem wydawcą. Pomyślałem też, że skoro już mam działalność gospodarczą, to może spróbuję poprowadzić ją dwutorowo i również wydawać książki. Zacząłem od swojego tomiku, a później już się potoczyło.

Czy włączanie się w promocję książek wydanych w Pańskim wydawnictwie to ekonomiczna konieczność czy bardziej przyjacielska przysługa?

Promocja książek to w zasadzie obowiązek wydawcy. Autorzy tego właśnie oczekują, a wydawca chce zarobić. Jeśli sprawa ma wyglądać inaczej, trzeba to wcześniej uzgodnić, inaczej się umówić, inaczej rozliczyć. Była kiedyś taka sytuacja – powiedziałem potencjalnej klientce, że książkę – owszem – wydać mogę, ale z promocją na ten czas będzie problem, z przyczyn czasowych. No i do współpracy nie doszło. Część autorów z mojej „stajni” to rzeczywiście osoby, z którymi „zadaję się” prywatnie. Nie jest to jednak reguła.

Krytycy zwracają uwagę, iż z każdym kolejnym tomikiem Pana wierszy staje się Pan coraz mniej introwertyczny, a bardziej zaangażowany w język i otaczającą rzeczywistość. To przejaw dojrzewania, zmiany światopoglądu czy może jest jeszcze jakiś inny powód?

Jako autor zgodzę się z tym częściowo. W język zaangażowany byłem zawsze, zmieniała się jedynie forma tego zaangażowania. Kiedyś skupiałem się na słowotwórstwie, nietypowych połączeniach składniowych itd., obecnie bawię się bardziej rymem i rytmem. Jeśli chodzi o introwertyzm – tu  jestem się w stanie zgodzić. Jest go mniej, choć nie zniknął. Ta zmiana wynika z kilku powodów – trochę z dojrzewania, osłabiania się egocentryzmu, a trochę z wspomnianego wcześniej dziennikarstwa, które uczy wrażliwości na to, co dzieje się wokół.

Poproszę o kilka słów komentarza do cytatu z wypowiedzi Stanisława Srokowskiego „Z Prudnika idzie ku polskiej literaturze odnowa”.

Cieszy mnie, że pan Stanisław tak to widzi. Czas pokaże, jak to jest faktycznie. Najwięcej wymiernych sukcesów literackich ma Waldemar Jocher, spotkała go ogólnopolska sława w środowisku. Jest też Krzysztof Szeremeta, który dobrze sobie radzi na szerokich wodach. Ulubionym prudnickim autorem pana Stanisława jest chyba Maciej Dobrzański, w każdym bądź razie pisarz daje temu wyraz. Poza tym jest nas, poetów, w Prudniku jeszcze kilku i niekiedy słychać o nas gdzieś poza województwem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *