Miedziany Anioł… cz. 2

4Współpracuje Pani z najwybitniejszymi polskimi kompozytorami. Czy pracę z którymś z nich ceni Pani szczególnie?

Jan Kanty Pawluśkiewicz jest moim ulubionym piwnicznym kompozytorem, cenię go bardzo za melodyjność piosenek i wyczucie klimatu tekstu. Niemniej jednak na co dzień ważniejsza od współpracy z kompozytorami jest dla mnie współpraca z muzykami. Wszyscy, którzy nagrali ze mną płyty to nie tylko świetni muzycy, ale też godni zaufania koledzy, z którymi komfortowo się czuję, a to ma na scenie ogromne znaczenie.

Piwniczna legenda mówi, że Piotr Skrzynecki „znalazł Panią w pudełku na Plantach”.  Jak naprawdę wyglądało to spotkanie, które otworzyło Pani drzwi do występów w Piwnicy?

Moje pierwsze spotkanie z Piotrem odbyło się w kawiarni „Vis-a-vis” na Rynku, gdzie Piotr bywał. Wysłał mnie tam na rozmowę Grzegorz Turnau. Pamiętam, że nosiłam wtedy warkocze i biały płaszczyk i mimo 20 lat wyglądałam zapewne na znacznie mniej, bo Piotr przedstawiał mnie potem na scenie także mówiąc „Przyszło dziecko ze szkoły u nas zaśpiewać”. Na pierwszym spotkaniu Piotr wydawał mi się bardzo stary – taki zupełnie siwy pan, który może niedosłyszy? Szybko jednak zorientowałam się, że to tylko aparycja, że wewnątrz jest bardzo dziarski pan, który zaprosił mnie do kabaretu na najbliższą sobotę. A przyjęta do zespołu na dobre poczułam się po sukcesie w Studenckim Festiwalu Piosenki, kiedy Piotr włączył moje występy do obchodów 40-lecia Piwnicy.

Miała Pani okazję pracować z Piotrem Skrzyneckim. Jak zachował się w Pani wspomnieniach?

Piotr był czarującym, pełnym fantazji i polotu błyskotliwym człowiekiem. Kiedy zjawiał się w sobotę w Piwnicy artyści stawali się jak naelektryzowani, każdemu zależało, żeby Piotrowi się podobało. Był też dla mnie mistrzem świata we wspieraniu wiary we własne możliwości. Wybierał sobie ludzi – tym wybranym ufał i pozwalał rozwijać artystyczną autonomię, podsycał ambicję, nie stroniąc przy tym od intryg. Pamiętam też, że wszystkim znajomym mnie przedstawiał – np. Andrzejowi Wajdzie, Hannie Suchockiej, profesorowi Andrzejowi Szczeklikowi i wielu innym znamienitym postaciom, co miało dla mnie wtedy na początku kariery niemałe znaczenie. Zapraszał mnie, żebym koniecznie przychodziła w soboty do kabaretu i nieustannie prawił mi komplementy. W jego obecności drobiazgi urastały do rangi wydarzeń. Pamiętam, że byłam kiedyś gościem u niego w domu i opowiadałam mu, że dostałam piątkę z egzaminu z psychologii. Za chwilę przyszli do Piotra jeszcze inni goście, którym przedstawił mnie: „Oto nasza piwniczna psycholożka”. Zabawne było też jak przeinaczał opowiadane mu historie. Kiedyś opowiedziałam mu jak w Oxfordzie spotkałam przypadkiem profesora, który mnie oprowadził po miasteczku. Kilka dni później przeczytałam w wydawanym w „Dzienniku Polskim” „Dzienniku Piwnicy pod Baranami”, że byłam w Cambridge, po którym oprowadził mnie grający na harmonijce ustnej student.

 

5Czy w Piwnicy pod Baranami po odejściu swego założyciela i kierownika artystycznego zmieniła się atmosfera,  kierunek artystyczny?

Raczej nie. Staramy się kontynuować formułę wypracowaną przez Piotra, bo cały czas świetnie się sprawdza. Każdy, kto z Piotrem się zetknął jest jakby wtajemniczony w to jak to działało, a młodszym artystom staramy się to jakoś przekazywać. W Piwnicy funkcjonują 4 pokolenia artystów, łącznie z tymi, którzy 60 lat temu ten kabaret tworzyli. Ludzie goszczący w Piwnicy często twierdzą, że czas się tu jakby zatrzymał.

Praca w Piwnicy pod Baranami to wielkie wyróżnienie dla każdego artysty, proszę opowiedzieć jak wygląda ona od tej strony, z którą rzadko ma się okazję zapoznać zwykły śmiertelnik?

Od 20 lat regularnie w każdą sobotę o 21:00 (a czasami także o 18:00) uczestniczę w odbywających się w Piwnicy programach kabaretowych i to weszło mi już w krew. Widzowie rzeczywiście oglądają pracę kabaretu głównie na scenie, ja mam do czynienia z jej artystami także prywatnie. Razem podróżujemy na występy poza Kraków piwnicznym autobusem, nocujemy po koncertach w hotelach, świętujemy wspólnie czyjeś urodziny i imieniny, spotykamy się na piwnicznych opłatkach i w wielu innych sytuacjach – poprzez to zespół jest mocno zintegrowany. Nie każdy wie, że koncertowe podróżowanie wymaga dobrej kondycji fizycznej, gotowości do spędzania wielu godzin w autobusie, do wstawania często bardzo wcześnie rano lub do powrotów do domu późno w nocy.

Określenie Czesława Niemena „polska Kate Bush” jest zamieszczone na Pani stronie internetowej. Czy to oznacza, że utożsamia się Pani z tym porównaniem ?

Czesław Niemen powiedział tak o mnie podczas ogłaszania werdyktu w konkursie „Śpiewajmy poezję” w Olsztynie, gdzie był jurorem i gdzie zostałam laureatką. Przytoczyłam to co powiedział, ponieważ myślę, że Niemen chciał mnie w ten sposób wyróżnić, co zresztą podłapali wtedy dziennikarze. Twierdził w prywatnej rozmowie, że barwa mojego głosu skojarzyła mu się właśnie z tą brytyjską artystką. Jej głos i piosenki lubię, ale idę raczej swoją własną drogą. Niemniej jednak porównanie do artystki tak dużego formatu mnie ucieszyło.

Od pewnego czasu w bibliotece organizowany jest cykl spotkań pod nazwą Salon Muzyki i Literatury. Czy Pani zdaniem to dobry sposób na propagowanie kultury?

Z pewnością tak. Jeśli udaje się cyklicznie zapraszać w jedno miejsce uznanych artystów – muzyków, pisarzy, czy poetów i lokalna społeczność o tym wie i się do tego przyzwyczaja, to z pewnością wychodzi na dobre i publiczności i artystom.

 

Część pierwszą można znaleźć tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *